• facebook
  • facebook


Dwutorowa asymetria: sojusze Rzeczypospolitej w XXI w. - Andrzej Dybczyński

Polska w minionym ćwierćwieczu była jednym z największych beneficjentów pozimnowojennego ładu międzynarodowego. W wymiarze wewnętrznym – PKB przypadający na mieszkańca zwiększył się dwukrotnie – w tempie nienotowanym od XVI stulecia, nazywanego w naszej historiografii „wiekiem złotym”. Konsumpcja indywidualna osiągnęła 70% poziomu w Europie Zachodniej. Towarzyszyły temu bezprecedensowa modernizacja infrastruktury państwa oraz rozwój kapitału ludzkiego1. Faktów tych nie sposób zakwestionować, nawet biorąc pod uwagę wszystkie popełnione błędy i racjonalnie krytycznie oceniając przemiany, jakie dokonały się w Polsce po 1989 r., w szczególności ich skutki: nierównomierną dystrybucję bogactwa, setki tysięcy młodych emigrantów czy ciągle nierozwiązane problemy społeczne i zaogniające się konflikty wewnątrzpolityczne. W wymiarze międzynarodowym – Polska opuściła rosyjską (sowiecką) strefę wpływów, stając się częścią świata Zachodu zarówno w sensie politycznym, jak i gospodarczym czy instytucjonalnym. Usytuowało to ją w obszarze cywilizacyjnie atrakcyjnym, stanowiącym naturalne środowisko realizacji aspiracji indywidualnych i społecznych.

Tym, co sukces ów umożliwiło, było zakończenie zimnej wojny oraz ład międzynarodowy, który ukształtował się w jej następstwie, zapewniając Polsce bez mała trzydzieści lat nieprzerwanego rozwoju. Stabilność wewnętrzna i wysoki poziom bezpieczeństwa międzynarodowego to dwa czynniki, których ostatniego tak korzystnego splotu doświadczyliśmy 400 lat temu. Co jeszcze bardziej zdumiewające, przez pierwsze dziesięć–piętnaście lat po zakończeniu zimnej wojny mogliśmy się rozwijać, będąc podnoszącym się z komunistycznego upadku, zdewastowanym gospodarczo i społecznie państwem. Państwem słabym i pozbawionym sojuszników. Państwem, które jak niemal nigdy w swojej historii korzystało z przedłużającej się chwili spokoju.

Ten czas kończy się na naszych oczach w tempie coraz szybszym i z efektami coraz trudniejszymi do przewidzenia. Porządek międzynarodowy, jaki wyłonił się po zakończeniu zimniej wojny, na naszych oczach się rozpada. Trzy z naszej perspektywy najważniejsze elementy tego porządku ulegają destrukcji. Po pierwsze, erozji ulega dotychczas niekwestionowana pozycja Stanów Zjednoczonych jako jedynego światowego mocarstwa, mającego zarówno zdolność, jak i wolę angażowania się w utrzymanie bezpieczeństwa na odległych czy drugorzędnych z punktu widzenia interesów USA obszarach. Po drugie, dekompozycją musi zmierzyć się Unia Europejska, której elity są dotychczas niezdolne do zdiagnozowania źródeł coraz głębszego wewnętrznego kryzysu, nie mówiąc już o wypracowaniu i wdrożeniu środków umożliwiających jego przezwyciężenie. Po trzecie, po około dwudziestoletnim okresie geostrategicznego upadku Rosja próbuje odbudować swą międzynarodową pozycję i ponownie narzucić światu logikę stref wpływów, nie cofając się przed żadnymi metodami – czy to z arsenału, z którego tak bezwzględnie korzystał Lenin i Stalin, czy też ze środków, które do dyspozycji Putinowi postawiły nowoczesna technologia i otwarte społeczeństwa informacyjne Zachodu. Wszystkie trzy międzynarodowe fundamenty polskiego bezpieczeństwa i rozwoju minionego ćwierćwiecza ulegają skrajnie niekorzystnej dla nas transformacji.

Jednocześnie sytuacja wewnętrzna Polski staje się coraz bardziej   skomplikowana. Narastający konflikt wewnątrzpolityczny dotyczy fundamentów ustrojowych państwa, nie mniejszych czy większych różnic w programach partii politycznych. Strony owego sporu postrzegają siebie nie tyle w kategoriach politycznych rywali w demokratycznym systemie politycznym, ile w manichejskiej perspektywie walki dobra ze złem, de facto negującej prawo rywala do realizacji własnych celów politycznych – uznawanych za godzące w fundamentalne wartości przeciwnego obozu, w istotę polskich interesów czy w polską rację stanu. Co gorsza, coraz głębsze i bardziej utrwalone stają się towarzyszące temu negatywne emocje – bezwzględna determinacja, zacietrzewienie, niezdolność do kompromisu i myśl o rewanżu. Logika naturalnego cyklu demokratycznego ustępuje logice rewolucyjnej przemiany. Czwarty fundament rozwoju Polski w minionym ćwierćwieczu – wewnętrzna stabilność polityczna – jest coraz bardziej zagrożony.

Uwarunkowania polskiej polityki sojuszniczej

Wobec tak niekorzystnych i trudnych do przewidzenia przemian środowiska wewnętrznego i zewnętrznego Polski jednym z najbardziej istotnych staje się pytanie o metody i środki, które powinny zapewnić państwu bezpieczeństwo w nadchodzących latach – bezpieczeństwo, które dotychczas wydawało się czymś gwarantowanym2. Jedną z takich metod jest prowadzenie skutecznej polityki sojuszniczej – rozumianej jako taki dobór sojuszników oraz budowanie z nimi takich relacji, które zwiększają bezpieczeństwo państwa, zniechęcając przeciwnika do otwartej agresji.

W niniejszym tekście chciałbym ukazać uwarunkowania, którym podlegać będzie polityka sojusznicza Polski w nadchodzących latach, a także wyrazić opinię, jak polityka ta powinna być kształtowana. Przedstawione treści są wynikiem nie tylko analizy polskiego środowiska bezpieczeństwa oraz naszej polityki zagranicznej, lecz także prowadzonych przeze mnie studiów nad zjawiskiem sojuszy jako takich3

Polska staje przed palącą koniecznością sformułowania polityki sojuszniczej bardziej wyrafinowanej niż dotychczasowa. Dotyczy to nie tyle samego wyboru sojuszników – tutaj pole manewru jest względnie ograniczone, a wybór dość oczywisty – ile przede wszystkim sposobu funkcjonowania w ramach istniejących sojuszy. Dotychczasowa polityka sojusznicza Polski była prowadzona w sprzyjających okoliczności. Po pierwsze, przy bardzo szerokim konsensie wewnętrznym i międzynarodowym w sprawie roli i zadań sojuszy, w których Polska uczestniczyła. Ewentualne spory miały charakter łagodny i nie groziły samemu ich istnieniu. Po drugie, ewentualne błędy popełniane przez Polskę nie niosły ze sobą ryzyka międzynarodowej izolacji, porzucenia przez sojuszników czy uwikłania kraju w sytuację bez politycznego wyjścia. Obie te okoliczności tworzyły dla naszej polityki zagranicznej środowisko pozbawione rzeczywiście fundamentalnych wyzwań i zagrożeń, co znajdowało odbicie między innymi we względnym spokoju, który towarzyszył podejmowanym przez nasze elity decyzjom. I obie te okoliczności odchodzą coraz bardziej w przeszłość, co stwarza konieczność ponownego przemyślenia polskiej polityki sojuszniczej – w zakresie jej metod, a nie doboru sojuszników.

Konieczność ta wynika z trzech przesłanek. Po pierwsze, ze względu na niewystarczający potencjał własny Polska nie jest zdolna do samodzielnego przeciwstawienia się zagrożeniom, musi zatem w dużym stopniu wzmacniać swoje bezpieczeństwo przez uczestnictwo w sojuszach międzynarodowych. Oczywistość tego stwierdzenia czyni zbędnym jego uzasadnianie. Po drugie, po objęciu urzędu prezydenta USA przez Donalda Trumpa coraz bardziej prawdopodobny jest silny zwrot polityki amerykańskiej w stronę czegoś, co nazwałbym polityką sojuszy transakcyjnych – sojuszy opartych nie tyle na wspólnocie pewnych wartości, wizji świata czy szeroko rozumianych interesów, ile na różnego rodzaju relacjach wymiany dóbr – zarówno materialnych, jak i politycznych, czy nawet symbolicznych4. Uważam, że ten zwrot  w równym stopniu stanowi zagrożenie, jak i szansę dla Polski – i to od naszej zdolności do umiejętnego zarządzania „asymetrycznym sojuszem transakcyjnym” będzie zależało, czy zmiana polityki amerykańskiej przyniesie nam więcej korzyści, czy też więcej niebezpieczeństw. Po trzecie wreszcie, konieczność świadomego i rozważnego sformułowania własnej polityki sojuszniczej wynika w moim przekonaniu z czterech negatywnych obciążeń, jakim poddane jest polskie myślenie o sojuszach w ogóle. Obciążeń, które silnie rzutują na ograniczoną zdolność naszych elit do prowadzenia skutecznej polityki sojuszniczej, w sytuacji Polski i tak obiektywnie bardzo trudnej.

Obciążeniem pierwszym jest rzeczywisty brak tradycji takiej polityki –wynikającej  z wyboru, a nie konieczności – nieuprawianej przez państwo polskie od 250 lat. Nasze elity funkcjonują zatem bez znanych im i przechowanych w pamięci instytucjonalnej modeli, do których mogłyby się odwołać. Do 1918 roku z powodów oczywistych Polska swej polityki sojuszniczej nie miała, bo mieć nie mogła. W latach 1918–1945 była politycznie skazana na próby tworzenia naiwnych – nie boję się tego słowa – sojuszy z mocarstwami zachodnimi bądź z partnerami regionalnymi. Sojuszy naiwnych, gdyż z istoty swojej niezdolnych do realnego zwiększenia jej bezpieczeństwa przez zniechęcenie przeciwników do agresji bądź realną obronę polskich interesów. Wreszcie od roku 1945 do 1989 Polska nie istniała jako rzeczywiście niepodległe państwo zdolne do prowadzenia własnej polityki zagranicznej, a tak zwany Układ Warszawski był narzędziem subordynowania wasala przez suwerena, nie sojuszem militarnym niepodległych państw.

Obciążeniem drugim jest realnie bardzo wąskie pole wyboru sojuszy dających realne szanse skuteczności. Polska polityka bezpieczeństwa jest kształtowana przez oś wchód–zachód, z dwoma zdecydowanie silniejszymi od Polski państwami na obu krańcach. Próby rozszerzenia pola sojuszniczego wyboru poza oś Rosja – Stany Zjednoczone natychmiast napotykają na potężne wyzwania związane z wiarygodnością sojuszników alternatywnych – realnym potencjałem bliskich, czy też odległością geograficzną i idącą w ślad za tym polityczną wolą oraz techniczną możliwością rzeczywistego wsparcia przez tych odległych. Rozwiązanie tego problemu wymaga ponadprzeciętnych zdolności prowadzenia polityki sojuszniczej.

Obciążeniem trzecim jest mityczno-romantyczne postrzeganie sojuszy przez znaczną część polskiego społeczeństwa, a do pewnego stopnia również elity. Widoczne jest to wyraźnie zwłaszcza w języku, każdej debaty na ten temat. W debatach takich znacznie częściej usłyszymy takie słowa, jak zdrada, wierność, honor, tradycja, a znacznie rzadziej – jeśli w ogóle – takie jak interes, zysk, scenariusz czy alternatywa. Sojusznicy zdradzili nas zarówno w roku 1939, jak i w 1945, Amerykanie nam pomogą, bo już Kościuszko i Pułaski walczyli o niepodległość Stanów Zjednoczonych, a Polska to kraj, który nigdy swoich sojuszników nie porzucał w potrzebie – ten mit lubię szczególnie. Takie myślenie o sojuszach jest nie tylko nieprofesjonalne, ale przede wszystkim groźne, ponieważ uniemożliwia prowadzenie chłodnej, elastycznej i racjonalnej polityki sojuszniczej.

Obciążeniem czwartym jest istotny deficyt refleksji poświęconej sojuszom w dorobku polskiej internacjologii. Większość prac – często naprawdę doskonałych, zwłaszcza tych pisanych przez historyków, a nie politologów – to jedynie pogłębione studia pojedynczych przypadków. I to niestety przypadków dobieranych z bardzo „polskiej” perspektywy, dotyczących sojuszy bezpośrednio związanych z polską polityką zagraniczną, co siłą rzeczy utrudnia uzyskanie perspektywy szerszej, prowadzenie analiz porównawczych, formułowanie nowych koncepcji intelektualnych czy czerpanie z doświadczeń innych państw. Ile takich analiz dostałby do dyspozycji polski czytelnik, gdyby wyeliminować prace poświęcone NATO oraz paktowi Ribbentrop–Mołotow? Ile znajdziemy prac na temat asymetrycznych sojuszy Izraela, Korei Południowej, Tajwanu, Syrii, Finlandii, Rumunii, Kuwejtu, Urugwaju, Egiptu czy Wielkiej Brytanii? Z ilu tych przykładów możemy czerpać pomysły i wnioski?

Te cztery obciążenia czynią sformułowanie polskiej polityki sojuszniczej zadaniem szczególnie trudnym. Jednak zaledwie jedno z nich ma charakter obiektywny i w zasadzie niemożliwy do pokonania – geopolityczna oś wschód–zachód, na której zmuszeni jesteśmy się poruszać. Pozostałe możemy przezwyciężyć, jeśli tylko podejmiemy wzmożony wysiłek analityczny i koncepcyjny.

Polska polityka sojusznicza

Polska może funkcjonować przede wszystkim w warunkach sojuszu asymetrycznego (czy też sojuszy asymetrycznych), czyli takiego, w którym jeden z sojuszników ma nad drugim co najmniej kilkakrotną przewagę w potencjale militarnym. W wyniku takiego układu sił przetrwanie słabszego w ewentualnym konflikcie militarnym jest zależne od pomocy udzielonej przez silniejszego, bądź też – do czasu wystąpienia takiego konfliktu – podział obciążeń sojuszniczych i wkład we wspólne bezpieczeństwo jest zdecydowanie nierówny5.

Dwa układy asymetryczne relacji sojuszniczych, w których funkcjonuje Polska, są kluczowe z perspektywy jej bezpieczeństwa w nadchodzących latach: relacje ze Stanami Zjednoczonymi oraz z krajami bałtyckimi6. USA są obecnie jedynym krajem realnie zdolnym do wzmocnienia potencjału obronnego Polski w stopniu gwarantującym jej bezpieczeństwo. Kraje bałtyckie są tymczasem najbardziej zagrożonymi atakiem członkami NATO, a atak na nie zagraża bezpośrednio Polsce i powinien – w mojej ocenie – skutkować pełnym zaangażowaniem się jej w ich obronę7.

Szczególną cechą polskiej polityki sojuszniczej staje się zatem przywołana w tytule niniejszego tekstu dwutorowa asymetria. Asymetryczny jest nasz sojusz zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z krajami bałtyckimi. W tym drugim przypadku to jednak one występują w roli partnerów militarnie znacznie słabszych od Polski8. Co ciekawe i niezwykle dla polskiej polityki sojuszniczej istotne, asymetria pozostaje asymetrią. I dokładnie te same prawidłowości rządzić będą naszymi relacjami z USA i naszymi relacjami z krajami bałtyckimi – tylko będziemy występować w innej roli w każdym z tych układów. Jakie zatem mechanizmy dotyczące asymetrycznych sojuszy powinna brać pod uwagę nasza polityka zagraniczna?

Najważniejszym z tych mechanizmów jest tak zwany dylemat sojuszniczy. Polega on na tym, że członek sojuszu – i dotyczy to każdego członka każdego aliansu – zmuszony jest prowadzić swą politykę sojuszniczą w taki sposób, by z jednej strony gwarantowała mu ona rzeczywiste udzielenie pomocy przez sojusznika, z drugiej – nie wymagała zbyt dużego angażowania się w realizację jego interesów.

Źródłem dylematu sojuszniczego jest dość oczywista obserwacja, że państwa tworzące sojusz tylko niektóre interesy mają wspólne – cały szereg pozostałych może być co najmniej niekompatybilny, a niekiedy wręcz sprzeczny. Polskę i USA może łączyć poczucie zagrożenia ze strony Rosji, jednak zagrożenie ze strony Iranu czy Korei Północnej określa interes tylko jednego z partnerów. Rodzi to dla nich dwa ryzyka. Ryzyko pierwsze określamy mianem porzucenia – nastąpiłoby ono, gdyby partner nie wykonał swoich zobowiązań sojuszniczych pomimo zaistnienia casus foederis. Jednym z najczęstszych sposobów unikania sytuacji, w której moglibyśmy zostać porzuceni, jest daleko idące zaangażowanie i pomoc w realizacji interesów naszego partnera, z oczekiwaniem podobnej postawy z jego strony – tego typu argumenty towarzyszyły angażowaniu się przez Polskę w wojny w Iraku czy Afganistanie. Może jednak oto dojść do tego, że zaczynamy współuczestniczyć w zabiegach o te sprawy naszego partnera, które są korzystne tylko i wyłącznie dla niego, a my się z nimi nie identyfikujemy. Sytuację taką nazywamy uwikłaniem. Mechanizm jest stosunkowo prosty – im bardziej unikać będziemy porzucenia, tym bardziej ryzykować będziemy uwikłaniem. Im silniej będziemy unikać uwikłania, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zostaniemy porzuceni. Balansowanie między tymi dwoma skrajnościami jest zjawiskiem dynamicznym, obarczonym ciągłą niepewnością i wysokim ryzykiem błędu. Celem decydentów staje się więc raczej utrzymywanie ryzyka (i błędów) na akceptowalnym poziomie niż jego – niemożliwa – eliminacja.

Zjawisko to, charakterystyczne dla każdego sojuszu, staje się szczególnie istotne w przypadku sojuszu asymetrycznego – a takim przecież jest sojusz Polski i Stanów Zjednoczonych oraz Polski i krajów bałtyckich. Znaczenie dylematu sojuszniczego w sojuszu asymetrycznym wynika z dwóch czynników: z nierównej dystrybucji zagrożeń oraz z zasadniczo odmiennych zdolności partnera słabszego oraz partnera silniejszego do ich równoważenia. Zagrożenie, jakie Rosja stwarza dla Polski, jest znacznie poważniejsze, niż to, jakie stwarza ona dla Stanów Zjednoczonych, Z kolei to dlac państw bałtyckich ma nieporównanie bardziej dramatyczny charakter niż to dla Polski. Podobnie rzecz się ma z analizą zdolności do równoważenia zagrożeń. Państwa bałtyckie są de facto pozbawione takiej możliwości niemal zupełnie. Zdolność Polski do zrównoważenia zagrożenia  ze strony Rosji jest bardzo mała i sprowadza się w zasadzie do dyskusji na temat tego, jak długo bylibyśmy w stanie opierać się agresji oraz jaki byłby tego koszt. Z kolei potencjał Stanów Zjednoczonych w oczywisty sposób umożliwia nie tylko takie równoważenie, lecz także dokonanie skutecznego odwetu w razie ataku.

Słabszy sojusznik zatem jest niejako skazany na niekorzystne dla siebie rozwiązywanie dylematu sojuszniczego: musi się wikłać w politykę silniejszego, gdyż ryzyko, na jakie jest wystawiony w razie porzucenia przez protektora, jest całkowicie nieakceptowalne. Z kolei protektor może sobie pozwolić na bardzo korzystne dla siebie sterowanie dylematem sojuszniczym i do pewnego stopnia ignorowanie potrzeb słabszego sojusznika – wszak nawet wówczas, gdy zostałby przez niego porzucony, nie odczułby tego jako zagrożenia swych egzystencjalnych interesów.

Z obserwacji tej wysnuć można podstawowy wniosek dla polskiej polityki sojuszniczej wobec USA: stan wikłania się Polski w realizację interesów Stanów Zjednoczonych jest czymś naturalnym w istniejącym układzie zależności. Nie oznacza to oczywiście, że jest on dla Polski pożądany, czy chociażby korzystny. Ale jest to stan z konieczności akceptowalny jako zło konieczne. Jego bezrefleksyjna i niekiedy histeryczna krytyka wynika albo z cynicznego wykorzystywania ograniczonego pola manewru kolejnych rządów w kształtowaniu relacji Polski z USA, albo ze zwykłej niekompetencji, z nieznajomości podstawowych prawideł funkcjonowania sojuszu asymetrycznego. Wezwania nowego prezydenta USA do bardziej transakcyjnego pojmowania sojuszu mogą mieć paradoksalnie korzystny wymiar dla Polski. Podkreślanie naszego wsparcia dla USA czy chęci ponoszenia sojuszniczych obciążeń – zwłaszcza wobec ambiwalentnej polityki innych członków NATO, może podtrzymać amerykańskie zaangażowanie w obronę naszych interesów. Trudno przy tym nie zauważyć, że wymuszenie przez administrację Trumpa zwiększenia nakładów państw Europy Zachodniej we wspólne zdolności obronne obiektywnie przyczyni się do wzrostu bezpieczeństwa Polski.
 
Czy zależność związaną z dylematem sojuszniczym moglibyśmy wykorzystać w relacjach z państwami bałtyckimi? Wydaje się to bardzo trudne, z uwagi na ich ograniczony potencjał. Jednak w naszej polityce sojuszniczej wobec tych państw powinniśmy oczekiwać wzmacniania przez nie tzw. atutów specyficznych, to znaczy tych zdolności militarnych lub paramilitarnych, które są w stanie efektywnie rozwijać pomimo niewielkiego potencjału – na przykład zdolności związanych z cyberbezpieczeństwem czy wojną informacyjną.

O możliwości każdego państwa – członka sojuszu korzystnego rozwiązywania dylematu sojuszniczego decydują cztery czynniki, których znaczenie jest tym większe, im bardziej asymetryczna jest wzajemna relacja. Chodzi tu o: stopień konfliktu z wrogiem, dostępność rozwiązań alternatywnych, liczbę interesów podzielanych z partnerem silniejszym oraz własną siłę partnera słabszego. Polska polityka sojusznicza wobec Stanów Zjednoczonych oraz krajów bałtyckich powinna koncentrować się wokół tych właśnie czterech czynników. Mogłoby to znacząco zwiększyć nie tylko poziom bezpieczeństwa Polski, lecz także jej pole politycznego manewru, zwłaszcza w relacji ze znacznie silniejszym partnerem. Jak czynniki te wpływają na zdolność do prowadzenia polityki sojuszniczej oraz do jakich jej efektów powinniśmy dążyć?

Po pierwsze zatem, pole naszego politycznego manewru określa stopień konfliktu z wrogiem. Oto im niższy będzie poziom naszego konfliktu z Rosją, tym mniej zmuszeni będziemy wikłać się w politykę Stanów Zjednoczonych, by zapewnić sobie ich wsparcie. W interesie Polski zatem jest ciągłe dążenie do poprawy stosunków z Rosją, by ograniczyć zależność od Stanów Zjednoczonych – bez względu na to, jak trudne by to było, jak nieefektywne, czy też jak nieprzystające do obecnej oceny naszych relacji. Jeden z kluczy do naszej względnej niezależności od sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi leży w Moskwie – czy nam się to podoba, czy nie. Poprawa stosunków z Rosją – a mam tu pełną świadomość daleko idącej sprzeczności interesów między dwoma państwami – może dotyczyć zamykania, omijania lub zamrażania konfliktów nieistotnych z perspektywy interesów Polski, mających wymiar raczej symboliczny lub emocjonalny (np. brak zwrotu wraku prezydenckiego samolotu, ocena wydarzeń sprzed 80, 100 czy 400 lat, czy wspieranie przez Rosję masowego mordercy w jakimś upadłym kraju na południe od Turcji). Co najmniej zastanawiające powinno być przy tym dla nas to, że Rosja tak umiejętnie wykorzystuje obszar emocji i symboliki do utrzymywania określonego poziomu napięcia w relacjach z Polską. W moje ocenie robi to właśnie po to, by zawęzić Polsce pole politycznego manewru w stosunkach z innymi państwami.

Po drugie, nasza sojusznicza zależność od Stanów Zjednoczonych jest pochodną dostępnych nam sojuszniczych alternatyw. Polska powinna budować bardzo bliskie, silne i oparte na dwustronnych, a nie wielostronnych mechanizmach relacje z Niemcami, jako początkowo potencjalną, a w przyszłości realną alternatywę dla sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. To ścisły militarny sojusz z Niemcami, będący w istocie ukoronowaniem silnych relacji na innych poziomach, winien być długoterminowym fundamentem bezpieczeństwa Polski. Przemawia za tym potencjał obu krajów (także jego wysoka komplementarność), ich bliskość geograficzna, zakres wspólnych interesów, związki kulturowe, historyczne, demograficzne oraz emocjonalne. Budowa i pogłębianie takiego sojuszu zwiększy pole manewru polskiej polityki wobec Stanów Zjednoczonych, zaś możliwe negatywne skutki są względnie łatwe do przewidzenia i minimalizowania.

Po trzecie, politykę USA wobec Polski determinują i będą determinowały wspólne interesy. Polska powinna wynajdywać ich nowe pola. Im więcej powstanie takich obszarów współpracy, tym większe będzie prawdopodobieństwo wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych, również, a może przede wszystkim, w transakcyjnym modelu polityki sojuszniczej. Oczywiście tworzenie takich obszarów będzie niezwykle trudne, ze względu na różnice potencjałów oraz globalny zasięg interesów amerykańskich. Jednak w dialogu z partnerami amerykańskimi powinniśmy być szczególnie wyczuleni na formułowane przez nich potrzeby i postulaty –w celu nie bezwolnego podążania za nimi, lecz chłodnej analizy i selekcji tych spośród nich, które dają szansę nawiązania trwałych i korzystnych relacji. Nawet wówczas, jeśli korzyść ta będzie wydawała się nieco większa dla strony amerykańskiej.

Po czwarte wreszcie – i najważniejsze – stopień zależności od sojusznika jest pochodną własnego potencjału militarnego. Polska powinna szybko i zdecydowanie rozwijać swój potencjał obronny –nawet wówczas, gdy nasze oczekiwania dotyczące rozwoju przemysłu czy transferu technologii nie są w pełni zaspokojone. Polskie elity polityczne muszą uświadomić sobie żelazną prawidłowość rządzącą funkcjonowaniem każdego sojuszu na przestrzeni dziejów: nie wspiera się słabego sojusznika. W historii stosunków międzynarodowych około 75% zawartych sojuszy nie zostało dotrzymanych9. Opieranie bezpieczeństwa państwa na obietnicach składanych w gabinetach odległych o tysiące kilometrów od pól Mazowsza czy lasów Podlasia jest dowodem dziecięcej naiwności. Podstawowym warunkiem, jaki spełnić należy, by oczekiwać realnej pomocy od sojusznika, jest własna militarna zdolność do wystarczająco długotrwałego i kosztownego dla agresora stawiania oporu, który to opór destabilizuje sytuację międzynarodową. Polskie elity polityczne winny wreszcie pojąć, że 12 września 1939 r. w Abbeville panowie Daladier i Chamberlain nie zdradzili Polski, lecz podjęli racjonalną z ich perspektywy decyzję będącą konsekwencją niezdolności Polski do przeciwstawienia się agresorowi. I tę samą wiedzę warto wpajać naszym bałtyckim sprzymierzeńcom. Co więcej, w miarę możliwości Polska powinna rozwijać niszowe zdolności technologiczne i militarne, które mogą stać się istotnym walorem w oczach silniejszego sojusznika. Ponownie przywołać tu należy pojęcie tzw. atutów specyficznych, czyli wszelkich tych zdolności, których silniejszy partner mieć nie może, jeszcze ich nie rozwinął lub rozwinął w niewystarczającym stopniu. Zdolności te mogą wynikać z określonego położenia geograficznego (vide: baza w Redzikowie), rozwoju wybranych zaawansowanych technologii (grafen, łączność, radiolokacja) czy kompetencji (np. w zakresie wojny informacyjnej, cyberbezpieczeństwa, operacji specjalnych).

Nowoczesna polska polityka sojusznicza powinna w znacznie większym niż dotychczas stopniu brać pod uwagę środowisko i politykę wewnętrzną sprzymierzeńców, bowiem funkcjonowanie państw w sojuszu asymetrycznym staje się w szczególnym stopniu jej pochodną. W przypadku partnera słabszego wewnętrzne spory polityczne dotyczące kosztów takiego związku mogą przełożyć się na niechęć do ponoszenia obciążeń sojuszniczych, bądź wręcz na poszukiwanie sojuszniczych alternatyw. Z perspektywy krajów bałtyckich wzrost zagrożenia ze strony Rosji może skutkować całkowitą zmianą polityki sojuszniczej i próbą realizacji strategii nie tyle równoważenia, ile przyłączania (jakkolwiek doświadczenia roku 1940 czynią ten scenariusz mało prawdopodobnym), lub co najmniej polityki appeasementu. Polska polityka sojusznicza wobec krajów bałtyckich winna mieć to tym bardziej na uwadze i stale monitorować ryzyko pojawienia się takiego scenariusza –im bardziej angażować się będziemy w obronę ich interesów.

Z kolei partner silniejszy może tworzyć i utrzymywać sojusz ze słabszym ze względu nie tylko na wspólnotą interesów bezpieczeństwa, lecz także na chęć realizacji dwóch innych celów. Po pierwsze, może chcieć narzucić określone ograniczenia na politykę partnera słabszego – a więc objąć ją swego rodzaju kontrolą i protektoratem – by jego nieprzewidywalne zachowania nie zdestabilizowały sytuacji międzynarodowej. Szczególnie dyplomacji amerykańskiej taka metoda wykorzystywania sojuszu asymetrycznego jest nieobca, i była stosowana z powodzeniem przynajmniej w kilku przypadkach (Tajwan przed rokiem 1954, do pewnego stopnia Korea Południowa i Izrael). Po drugie, w sojuszu wielostronnym partner silniejszy może zacieśniać relacje ze słabszym, by wykorzystać go w stosunkach z innymi sojusznikami, którzy nie akceptują jego dominującej pozycji. Ten mechanizm również był wykorzystywany w polityce amerykańskiej, czego przykładami są tzw. list ośmiu oraz list wileński, stanowiące formę nacisku Stanów Zjednoczonych na niektórych sojuszników tuż przed agresją na Irak w 2003 r.

Z perspektywy Polski istnieje ryzyko, że rzeczywiste intencje polityki sojuszniczej USA mogą ulec transformacji –wspieranie bezpieczeństwa słabszego sojusznika zastąpi polityka subordynowania go bądź instrumentalizowania. Bez względu na to, czy byłaby ona efektywna czy nie, podstawowym zagrożeniem, jakie ona ze sobą niesie, jest zmniejszenie woli partnera silniejszego (USA) do wsparcia partnera słabszego (Polski) w przypadku zagrożenia. W związku z tym zasadniczego znaczenia z punktu widzenia polskiej polityki sojuszniczej nabiera analiza intencji i celów polityki sojuszniczej amerykańskiej.

Do tej obserwacji należy dodać jeszcze drugą, niezwykle istotną w przypadku sojuszu asymetrycznego. Mianowicie, że wiarygodność – a zatem zdolność do wypełniania zobowiązań sojuszniczych – jest silnie determinowana przez rozkład zagrożeń między sojusznikami. Sojusze, w których jest on względnie równomierny, są sojuszami wysoce spójnymi – to znaczy obaj partnerzy są skłonni do wypełniania swych zobowiązań. W razie nierównego rozkładu zagrożeń bardzo często partner mniej zagrożony porzuca bardziej zagrożonego. Tymczasem taki nierówny rozkład jest immanentną cechą sojuszu asymetrycznego Wynika to nie tylko z sytuacji międzynarodowej czy mniejszych bądź większych wspólnych korzyści sojuszników, lecz przede wszystkim z różnicy ich potencjałów. Jak pisałem wyżej – zarówno stopień zagrożenia ze strony Rosji, jak i zdolność do jego odparcia, są skrajnie odmienne w przypadku Polski, Stanów Zjednoczonych i krajów bałtyckich.

Z perspektyw Polski wystąpić może bardzo niekorzystne sprzężenie zwrotne: nierówny rozkład zagrożeń oraz cele polityki sojuszniczej USA mogą znacząco zmniejszyć wiarygodność sojuszu z nimi. Na rozkład zagrożeń mamy ograniczony wpływ, jednak ten czynnikjest przynajmniej łatwy do obserwacji. Z kolei intencje polityki sojuszniczej USA – zwłaszcza po objęciu urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa – nie są już tak oczywiste, a co więcej, mogą się zmieniać w trudny do przewidzenia sposób. Z tych obserwacji płyną trzy istotne wskazówki dla polskiej polityki sojuszniczej.

Po pierwsze, polska dyplomacja powinna przywiązywać szczególną wagę do analizy motywów sojuszniczych zachowań Stanów Zjednoczonych. Wszelkie ich ruchy wskazujące na traktowanie sojuszu z Polską jako narzędzia ograniczania jej polityki, lub też próby wykorzystywania tego sojuszu w relacjach z innymi partnerami stanowić powinny sygnał, że Stany Zjednoczone będą mniej skłonne do realizacji swych zobowiązań. Z kolei ich zachowania noszące znamiona równoważenia zagrożenia zewnętrznego sugerować będą większą skłonność do udzielenia pomocy sojusznikom.

Po drugie, polska polityka zagraniczna powinna – w miarę swych ograniczonych możliwości – dążyć do wyrównywania poziomu (bez względu na to, czy jest niski, średni czy wysoki) zagrożeń zewnętrznych w swym środowisku sojuszniczym. To właśnie równa ich dystrybucja będzie stosunkowo wiarygodną gwarancją wypełniania zobowiązań sojuszniczych. Oczywiście – bardzo łatwo jest napisać, że Polska powinna wyrównywać poziom zagrożeń wobec członków NATO. Pytanie, jak to zrobić? Tymczasem może ono przybierać co najmniej dwie formy. Pierwsza polegałaby na tym, że zacieśnianie współzależności między sojusznikami czyniłoby niemożliwym lub co najmniej bardzo trudnym porzucenie Polski w przypadku kryzysu. Per analogiam: to silna współzależność między Grecją a jej europejskimi partnerami wynikająca ze wspólnej waluty sprawia, że kraj ten nie został jeszcze porzucony mimo asertywnej postawy towarzyszącej tak poważnym problemom wewnętrznym. W formie drugiej, znacznie bardziej ofensywnej, Polska mogłaby uzyskać zdolność „rozlania” potencjalnego zagrożenia własnego bezpieczeństwa militarnego do poziomu paneuropejskiego, przez zbudowanie militarnych zdolności eskalacji konfliktu. Przykładem skuteczności takiej polityki jest Izrael.

Po trzecie, Polska powinna aktywnie zapobiegać dążeniu Rosji do nierównej dystrybucji zagrożeń. Jako teoretyk sojuszy międzynarodowych z wielkim podziwem, a jako Polak z wielkim niepokojem, obserwuję, jak skutecznie Rosja prowadzi świadomą politykę takiej dystrybucji wobec członków NATO. W ten sposób Kreml zmierza – i może to uzyskać – do wywołania korozji zobowiązań sojuszniczych wewnątrz paktu. Formalnie zobowiązania te mogą pozostawać ciągle jeszcze bardzo silne, lecz w rzeczywistości, w razie wystąpienia casus foederis, mogą okazać się mało wiarygodne. Głębokie zastanowienie teoretyka sojuszy budzą przy tym sygnały, że rosyjska polityka różnicowania poziomów zagrożeń może być efektem bardzo dokładnej znajomości mechanizmów rządzących funkcjonowaniem sojuszy międzynarodowych. Być może Rosjanie nie wnieśli wielkiego wkładu w rozwój teorii sojuszy, ale z pewnością potrafią czytać wyniki badań i przekuwać je na realne i skuteczne strategie polityczne.

Polska polityka sojusznicza zatem powinna dążyć do nawiązania jak najściślejszej współpracy z państwami bałtyckimi, ale również z Finlandią i Rumunią. Co więcej, w związku ze stopniowym ujawnianiem głębokości, metod i celów dokonywanej przez Rosję infiltracji systemów politycznych krajów zachodnich, Polska musi zdefiniować tę infiltrację jako kolejny wymiar nowoczesnych zagrożeń, które rzucają wyzwanie bezpieczeństwu i stabilności członków NATO i powinny być objęte wspólną polityką bezpieczeństwa.

Skuteczność polskiej polityki sojuszniczej zależeć będzie od osiągnięcia dwóch celów.  Po pierwsze, od wzrostu potencjału militarnego Polski do poziomu zapewniającego realne i niezależne od czynników zewnętrznych zdolności obronne państwa. Po drugie, od sformułowania i realizacji właściwej wizji tej polityki – wizji odartej z naiwnego romantyzmu, ze świadomością politycznych ograniczeń, by polityka sojusznicza stała się narzędziem wzmacniania, a nie tworzenia bezpieczeństwa państwa. Żaden z tych celów nie jest łatwy do osiągnięcia. Żadnego z nich nie osiągnęliśmy od ponad trzystu lat. I od ponad trzystu lat nie mieliśmy warunków tak sprzyjających, by cele te zrealizować.


1. Będąc od kilku lat pracownikiem międzynarodowej korporacji, obserwuję kolegów – Polaków, którzy odmawiają wyjazdu do pracy w Europie Zachodniej w obawie przed spadkiem poziomu życia, oraz kolegów Brytyjczyków, Włochów czy Francuzów, którzy przyjeżdżają do Polski, by swój poziom życia podnieść – sytuacja na pewno nie powszechna, ale jeszcze 15 lat temu nikomu nie przyszłaby do głowy.

2. Często umyka nam przy tym to, że w Polsce dorosło już pokolenie ludzi, dla których kwestia bezpieczeństwa politycznego czy militarnego ma charakter tylko i wyłącznie teoretyczny – jeśli w ogóle jest dostrzegana.

3. A. Dybczyński, Sojusze międzynarodowe, Wydawnictwo Naukowe Scholar, 2014.

4. Szerzej: R. Kupiecki, Co dalej po warszawskim szczycie NATO?, „Polski Przegląd Dyplomatyczny” 2017, nr 1, s. 45–51.

5. Rozumienie takie jest przyjęte w literaturze przedmiotu, niekiedy znacznie precyzyjniej formułowane i rozbudowywane. Por. I. Arreguín-Toft, How the Weak Win Wars. A Theory of Asymmetric Conflict, Cambridge University Press, 2005.

6. Te rodzaje relacji widoczne są obecnie w NATO, jakkolwiek uważam to za jedynie instytucjonalne odzwierciedlenie określonego układu interesów międzynarodowych.

7. Pomijam w niniejszym tekście inne istniejące lub możliwe sojusze, w których funkcjonuje lub może funkcjonować Polska. W szczególności polityka sojusznicza wobec Niemiec wymagałaby osobnego tekstu – sądzę bowiem, że to właśnie sojusz polsko-niemiecki powinien stanowić długoterminowy fundament bezpieczeństwa Polski. Ponadto zwrócić chciałbym uwagę, że sojusz tworzony na osi wschód–zachód będzie miał najczęściej charakter asymetryczny: Polska–USA, Polska–Niemcy, Polska–Rosja, Polska – kraje bałtyckie. Jedynym wyjątkiem może być sojusz Polski i Ukrainy, obecnie jednak trudny do wyobrażenia z uwagi na trwającą na Ukrainie wojnę i nasze zobowiązania międzynarodowe. Sytuacja nie jest już tak oczywista w przypadku prób zawierania sojuszy na osi północ–południe (Polska–Czechy, Polska–Słowacja to jeszcze sojusznicza asymetria, ale już względnie symetryczne byłyby sojusze ze Szwecją czy Rumunią), znacznie mniej efektywnej z perspektywy interesów Polski. Nie zajmuję się również intelektualnie ciekawą, lecz politycznie nierealną opcją zawarcia sojuszu z Rosją, opartego na tzw. mechanizmie przyłączania defensywnego (Por. A. Dybczyński, op. cit, s.160–162)

8. Świadomie pomijam tu wpływ relacji USA – kraje bałtyckie na politykę sojuszniczą Polski, by zachować prostotę analizy.

9. A.N. Sabrosky, Interstate alliances: Their reliability and the expansion of war, w: J.D. Singer (red.), The Correlates of War II: Testing Some Realpolitik Models, Free Press, 1980, s. 161–198.
 
Portal PISM wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie.
Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.
Akceptuję politykę prywatności portalu. zamknij